Sierżant Neil Howie (Edward Woodward) przybywa na odległą szkocką wyspę Summerisle, żeby zbadać zgłoszoną anonimowo sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Mieszkańcy twierdzą jednak, że dziecko nigdy nie istniało. Pobożny policjant szybko odkrywa, że wyspiarze żyją według własnych zasad, a chrześcijaństwo ustąpiło tu miejsca dawnym wierzeniom, pogańskim obrzędom i kultowi natury. Im dłużej Howie prowadzi śledztwo, tym mniej rozumie zachowanie otaczających go ludzi. I tym bardziej jest przekonany, że dziewczynce grozi niebezpieczeństwo.
Kult Robina Hardy’ego to jeden z filmów, które zdefiniowały brytyjski folk horror. Tyle że próżno szukać na ekranie nadprzyrodzonych sił, krwawych potyczek czy czających się w ciemności potworów. Jest za to skąpana w słońcu szkocka wyspa, są pieprzne ludowe pieśni, seksualna swoboda, pogańskie rytuały i społeczność, której zwyczaje coraz bardziej niepokoją przybysza z zewnątrz. Pół wieku później wpływ filmu Hardy’ego nadal mocno widać w kinie, a jednym z jego najbardziej oczywistych spadkobierców jest Midsommar. W biały dzień Ariego Astera. Trudno się dziwić: Kult od początku wymykał się gatunkowym szufladkom, łącząc kryminalną zagadkę, czarny humor, religijny konflikt, muzykę i narastające poczucie, że na Summerisle dzieje się coś bardzo niedobrego.
W roli ekscentrycznego lorda Summerisle, przywódcy wyspiarskiej społeczności, wystąpił Christopher Lee, ikona światowego kina, który uważał tę rolę za jedną z najważniejszych w swojej karierze. Sam film miał jednak znacznie bardziej skomplikowane losy. Początkowo niezrozumiany i skrócony przed premierą, z czasem Kult urósł do rangi żelaznego klasyka kina. Teraz wraca na ekrany w ostatecznej wersji (final cut), zrekonstruowanej cyfrowo w 4K i najbliższej pierwotnej wizji Robina Hardy’ego.