Teksas, gdzieś na końcu świata. Właściciel baru Julian Marty odkrywa, że żona Abby (Frances McDormand) zdradza go z jednym z jego pracowników. Zamiast sceny zazdrości wybiera rozwiązanie systemowe: wynajmuje prywatnego detektywa Visséra (M. Emmet Walsh) – spoconego cynika w kowbojskim kapeluszu – by ten zabił kochanków. Od tego momentu wszystko idzie nie tak: każdy z bohaterów wie mniej, niż mu się wydaje, każdy działa na podstawie błędnych założeń, a każdy kolejny ruch pogłębia katastrofę. Tytuł nie kłamie – zabić jest śmiertelnie prosto. Posprzątać po zabójstwie: to dopiero problem.
Śmiertelnie proste to debiut braci Coen – i jeden z najbardziej olśniewających debiutów w historii amerykańskiego kina. Joel i Ethan, wówczas dwudziestoparoletni bracia z Minnesoty, sfinansowali film z pieniędzy zebranych metodą chodzenia po domach inwestorów z szesnastomilimetrową rolką materiału poglądowego – a potem nakręcili neo noir tak pewny formalnie, jakby robili filmy od kilku dekad. Wszystko, za co świat pokocha Coenów, jest tu już w komplecie: zbrodnia jako komedia pomyłek, w której nikt z nikim się nie komunikuje, czarny humor sączący się z każdej szczeliny, wirtuozerskie operowanie punktem widzenia i przekonanie, że wszechświat to mechanizm precyzyjnie skalibrowany na złośliwość. Za kamerą stanął Barry Sonnenfeld (przyszły reżyser Facetów w czerni), a jego jazdy kamery weszły do podręczników sztuki operatorskiej.
To także debiut Frances McDormand, przyszłej trzykrotnej laureatki Oscara i prywatnie żony Joela Coena, ale prawdziwym władcą filmu jest M. Emmet Walsh, którego rechoczący Vissér to jeden z najwspanialszych łajdaków w dziejach gatunku. Odrestaurowana kopia 4K pozwala docenić każdy neon, każdą kroplę potu i każdą smugę światła w finale, który do dziś uczy, jak buduje się napięcie.
[Źródło: Grzegorz Fortuna]